Otwórz menu główne

Legendy Grodźca – w historii Grodźca znane są legendy:

Spis treści

Burzone miastoEdytuj

Przed wiekami na wzgórzu, gdzie stoi dzisiaj kościółek grodziecki, stało silne zamczysko otoczone obronnym murem, uzbrojone w potężne baszty. Na zamku mieszkał pan, którego zwano kasztelanem. Wzgórze zamkowe otaczało dookoła miasto bardzo ludne i bogate z wieloma przedmieściami. Na jednym z nich, zwanym Gródkowem, w pewnych porach roku kasztelan odbywał sądy. W mieście było wiele rzemieślników i kupców, którzy prowadzili handel z kupcami wrocławskim i niemieckimi. Istniały też wielkie składy towarów, z których przyjeżdżający kupcy zaopatrywali się w to, co było im potrzebne. W tym czasie droga z Krakowa do Wrocławia prowadziła przez Grodziec do Czeladzi i dalej na Śląsk. Pewnego dnia o świcie miasto zostało napadnięte przez hordy dzikiego ludu, którym przewodził pewien książę kijowski. Hordy najpierw zrabowały mienie mieszkańców, potem spaliły miasto, wreszcie przystąpiły do zdobycia zamku, w którym zamknął się kasztelan z hufcem zbrojnego rycerstwa. Książę kijowski ustawił machiny na sąsiednim wzgórzu i z ich pomocą zaczął burzyć zamek. Po kilku dniach zamczysko legło w gruzach, a obrońcy jego zostali wybici. Horda odchodząc, zabrała ludność w niewolę, zaś szczątki miasta i zamku zrównano z ziemią.

Diabelskie kamienieEdytuj

W czasie budowy kościoła zdarzyło się, że to co murarze jednego dnia wybudowali, w nocy zostało rozburzone. Gdy ówczesny proboszcz ks. Wojciech Lipnicki zauważył psoty, postawił nocą straż przy budowie z poleceniem ujęcia sprawców. Na drugą noc, około północy, wartownicy usłyszeli jakieś szumy w powietrzu, a za chwilę spostrzegli, jak kawały skał zaczęły spadać dookoła budującego się kościoła. Przerażeni strażnicy uciekli ze swych stanowisk, a rano rozniosła się wieść, że złe duchy znoszą kamienie, aby nimi zburzyć budującą się świątynie. W najbliższą niedzielę ksiądz wyruszył z procesją z kościoła i wśród modłów poświęcił jeszcze raz szczyt góry na cztery strony świata. Gdy zbliżył się wieczór, wartownicy wyszli na swoje miejsca, by pilnować rozpoczętej roboty. O samej północy okropnie zaszumiało, od strony północnej zjawiła się zgraja czarnych diabłów. Spadłszy na polanę otaczającą budowę, już chwyciły w pazury olbrzymie kamienie, aby nimi rozbić rozburzyć świątynię. W tym czasie od wschodu zjawiło się kilka aniołów, którzy rozpoczęli walkę z szatanami, wytrącając im z łap kamienie z taką siłą, że spadły w okolicach Siemianowic. Tam dzisiaj leżą potłuczone na mniejsze odłamki na przestrzeni kilku mil z widocznymi śladami diabelskich pazurów. Część nanoszonych przez szatanów kamieni dotychczas można oglądać obok murów kościoła na Dorotce. Od tego czasu złe duchy nie przeszkadzały w dokończeniu budowy świątyni.

Przed tysięcy lat na DorotceEdytuj

Było to po domierzeniu zbiorów (po dokończeniu żniw). Z pierwszymi promieniami słońca, co ozłociły szczyt Hrudka (Dorotki), co tęczą blasków zajaśniały na wałach grodziska i rozbłysły mnogością przecudnych reflektorów, na drewnianym dachu zgrzybiałej kontyny (świątyni), zaroiły się stoki wzgórza mnogiem ludem, zdążającym nocą przesiekami leśnymi brzegów Brynicy i Odry, przedzierającym się wykrotami Pogorii i łęgami Płuczki, śpieszącym wyrębiskami potężnych borów nadprzemszańskich, aby o świtaniu być świadkiem rozpoczęcia dorocznej uroczystości na cześć Łada, zwanej "okrężnymi" (czwarta uroczystość roku). Liczny lud, ustawiony według siedziby rodu, stojąc w pobożnym skupieniu, miał na czele najkraśniejsze dziewczęta ustrojone w wieńce żytnie. Ile rodów, tyle dziewic z wieńcami. Nie brakuje ani jednego, jest ich czterdzieści, tj. cała dzielnica Hrudecka. Za każdą dziewczyną uwieńczoną ustawieni są mężczyźni, za nimi ich żony i dzieci, a w ostatnich czeladź z zapasami żywności i z ofiarnymi okładami, kołaczami i klaczkami z miodem. W domu pozostał tylko jeden sługa pilnujący koni i bydła. Wśród licznej dzieciarni spotyka się małe dziewczynki z wieńcami rucianymi na głowie, ustrojone w białe sukienki i dzierżące w ręce małe koszyczki z rumianymi gruszkami leżącymi w pękach kwiatów. w rękach starszych kobiet zauważyć się dają wiązania maku i ziela. Nad świątynią ukazuje się zatknięty na wysokiej tyce "gad uroczyskowy – sroka", niby nasza chorągiew, co jest znakiem, że uroczystość się rozpoczyna. Otwierają się drzwi drewnianego ogrodzenia, przez które wchodzi lud na uroczysko, otaczając na ok. świątynię. Po pokłonach, pieśniach i kazaniach przodownice składają wieńce żytnie, które kapłanki polewają wodą uroczyskową, a następnie zawieszają na ścianach ogrodzenia. Polewaniu wieńców wodą towarzyszą pieśni na cześć Łada. Po tym głównym obrzędzie występowały dziewczynki z kobiełczykami, gosposie z makiem, zielem i pieczywem, które po skropieniu wodą uroczą zabierano do domu z powrotem. W końcu następowała modlitwa kapłanek, a po niej uczta wspólna, na której spożywano zapasy mięsiwa, piwa, miodu itp., przyniesione z domów. W czasie biesiady i tańczono przy gęślach, śpiewie i klaskaniu. Uroczystość trwała bez przerwy przez trzy dni. W drugim dzień uroczystości kapłan brał róg z ręki posągu bożka, napełniony winem w pierwszym dniu i pytał ludu: "czy ubyło co wina świętego z rogu boga?". Gdy lud krzyknął, że "jest co do kropli" – kapłan oświadczył, że rok przyszły będzie rokiem urodzajów. Na trzeci dzień, ten sam kapłan brał bochen chleba pszennego, a zasłoniwszy się nim, pytał lud: "czy widać mnie?". Na odpowiedź potwierdzającą wracał do świątyni i prosił boga o lepszy urodzaj, aby na drugi rok bochen chleba zakrył go cały. Potem następowało kazanie o życiu cnotliwym i pracowitym. Pod wieczór trzeciego dnia za każdego obecnego i nieobecnego mieszkańca składano bożkowi pieniążek jednakowy. W ten sposób w stolicy dzielnicy przeprowadzano statystykę ludności. Oto obraz uroczystości, jaką nosi pogańscy praojcowie po ukończeniu żniwa obchodzone co roku. Uroczystość ta zwała się okrężne.

Ofiara potopuEdytuj

Było ich dwóch. Wracali z nocnej zmiany w kopalni. Była ciemna, grudniowa noc. Szli na skróty, przechodząc koło starego pałacu Ciechanowskich w Grodźcu. Nagle tuż obok, w zaroślach rosnących na sąsiadujących z pałacem mokradłach, zobaczyli uciekającą postać. Była to z pewnością postać kobieca, o czym świadczył długi warkocz i zwiewna suknia. Biegła jakby ją ktoś gonił i rzeczywiście za chwilę rozległ się tętent końskich kopyt i zobaczyli w jakimś dziwnym jeźdźca, który usiłował dogonić uciekającą. Dwaj górnicy niewiele myśląc, postanowili pospieszyć z odsieczą. Zanim jednak zdążyli wkroczyć do akcji, ścigający dopadł dziewczynę, chciał ją pochwycić i w tym momencie zarówno o wraz z rumakiem, jak i on zapadł się pod ziemię. Wszystko to trwało kilkadziesiąt sekund. Gdy obaj mężczyźni ochłonęli z przerażenia i dotarli do swoich domostw, opowiedzieli o swojej dziwnej przygodzie. Większość z osób przyjęła to z dużym niedowierzaniem, natomiast ciotka jednego z górników przyświadczyła, że jej świętej pamięci mąż również widział dawno temu, też w grudniu takie same zjawisko. Podobno, w siedemnastym wieku, w miejscu, gdzie stoi dawny budynek pałacowy, był nieduży dworek. Nazwisko właściciela zatarło się w ludzkich pamięci, ale wieś gminna niesie, że była to rodzina patriotyczna, której głowa rodu i dwaj synowie walczyli w partyzantce z najeźdźcą szwedzkim w czasie Potopu. Do dworku w mroźny, grudniowy wieczór, pod nieobecność mężczyzn, zawitał oddział rajtarów. Zaczęli rabować, mordować bydło, wypijać wino z piwnicznych beczek. Komendant rajtarów postanowił zabawić się z córką właściciela dworku. Zaczęła uciekać przed nim i dotarła do moczarów, które kilkaset lat temu były o wiele większe niż teraz. Biegła po kruchym lodzie – a za nią pędził na koniu szwedzki oficer. Nagle lód załamał się, wszyscy utonęli w bagnie. Szwedzi, wstrząśnięci śmiercią dowódcy, na wieść o nadciąganiu partii partyzanckich uciekli w popłochu. Jako ślad tego wydarzenia co kilka lat pokazuje się zjawa nieszczęsnej dziewczyny, którą goni prześladowca.